Wstąpiło osób.


Poznaj mnie.
Pokochaj.

Tych powiadamiam:
Zobacz.
Wpisz się.

Przeszłość:
Prolog.

Rozdział I- Pamiętnik

Part 1.
Part 2.
Part 3.
Part 4.
Part 5.
Part 6.
Part 8.


Ukochani:

my-jeanny


Kiedy? poniedziałek, 12 stycznia 2009
O której? 22:19:20
Co zawiera? Przeprowadzka

Cóż. Mylog to serwis lubiący się zawieszać, przynajmniej ostatnimi czasy. Nie, żebym krytykowała.
Ale postanowiłam, że się przeprowadzę na inny serwis. Wszystkie notki są właśnie na nowym blogu.

WWW.SECRET-OF-ANKH.WJO.PL


Mam nadzieję, że ktoś to jeszcze czyta.

Madelaine

komentarze [0]

Kiedy? wtorek, 9 września 2008
O której? 21:36:02
Co zawiera? Pamiętnik (cz.9)

Szczerze? Płakałam podczas pisania tej notki.
Dla Jagody. Błagam, nie smuć się więcej, bo potem wychodzą takie o, notki.

_________________________________________

25.01.1992r.
Dzisiaj są jego dwudzieste trzecie urodziny, ale nadal się do mnie nie odzywa. Przyjechali do nas jego, jak i moi rodzice i przy nich udaje, że wszystko jest w porządku. Zachowuje się tak słodko, że od tej słodyczy i nadmiaru alkoholu w jego oddechu dosłownie mnie mdli.
Przeprosiłam go, naprawdę. Ale on jest taki strasznie uparty! Powiedział, że chyba zapędziłam się w podejrzeniach i nie mam do niego zaufania. Jutro ma zamiar wyjechać i nie obchodzi go, co się ze mną będzie działo.
Czyżbym była aż tak okropna?

Wieczorem
Sebastian zaraz położy się spać. Bardzo dobrze, bo już nie mogę znieść jego udawania i iskier w jego zimnych oczach, kiedy na mnie patrzą.
Jutro, kiedy wstanę, nie będzie go tu. Mam pozwolić mu odejść? Czy tak będzie lepiej? A co z naszym dzieckiem, ma się wychowywać tak bez ojca? Tak nie można, jedna sprzeczka nie powinna przekreślać całego życia! Ile razy mam go jeszcze przeprosić, zapewnić o mojej miłości?
Wcześniej taki nie był . Nigdy taki nie był. Kłóciliśmy się, wiadomo. Ale on zawsze chwilę później wyciągał rękę na zgodę, nawet, jeśli posądzałam go o różne dziwne i niedorzeczne rzeczy. Potem już wszystko było dobrze…
Ja naprawdę nie wiedziałam nic o jego marzeniach i planach na przyszłość! Cały czas powtarzał, że on też chce być archeologiem i wyjechać do Egiptu. Nawet tuż przed samym wyjazdem pytałam go o to co najmniej trzy razy. Utrzymywał, że wszystko jest w idealnym porządku…! Przecież, gdybym tylko wiedziała, że woli sprzedawać komputery, zostalibyśmy! Żałuję, że nie zrobiliśmy tego, wtedy prawdopodobnie nie zaszłabym w ciążę, a co za tym idzie, nie pokłócilibyśmy się aż tak.
Ręka mi drży, nie mogę pisać. Tak bardzo się boję! Nie chcę, żeby on wyjechał, nie chcę!
Sebastian! Dlaczego mi to robisz? Sprawiasz, że trzęsę się jak epileptyk, wyrywasz mi serce razem ze wszystkimi gwiazdami uczuć? Nie chcesz ich? Nie potrzebujesz mojej „kryształowej miłości”, jak ją nazywałeś? Kiedyś mówiłeś, że to dla ciebie takie ważne! Sebastian! Kocham cię, czy ty tego nie rozumiesz? Właśnie dlatego jestem podejrzliwa, bo nie chcę, żebyś przestał mnie kochać!
Sebastian, proszę, nie odjeżdżaj! Tak bardzo potrzebuję twojego ciepła. Odkąd pamiętam, zawsze ze mną byłeś. Nie możesz mnie teraz opuścić. Nie możesz opuścić naszego dziecka! Dlaczego go nie chcesz, no dlaczego?! Sebastian, nie odzywasz się, a przecież wiem, że nie śpisz. Nie patrzę w twoją stronę, ale jestem pewna, że stoisz tuż za mną, może nawet to czytasz. Czuję twój oddech, ale tym razem nie jest przeznaczony dla mnie, nie chcesz, by stał się jednością z moim. Czy aż tak cię zraniłam? Mówiłam przecież, że przepraszam. No, odpowiedz coś! Wrzeszczę, Seba, wrzeszczę. Nie odjeżdżaj, nie zostawiaj mnie, proszę! Księżyc nigdy nie opuścił Ziemi, więc i ty nie opuszczaj mnie! Błagam, zostań.



Widzę, jak poniżej, dużymi literami napisane było:


S P A D A J !

… Sebastian! Wyrwałeś mi długopis z ręki tylko po to, żeby to napisać?
Sebastian, ja nie chcę! Błąd, który popełniłam, nie może być aż tak ogromny. Ty też się mylisz, ale na tym polega życie! Takie jest małżeństwo! Za co, Sebastian, za co?
Jesteś moim słońcem, moim Ra. Jak mam żyć bez twojego światła…?!

Moje dzieciątko, Ty czujesz, jak cierpię, jesteś przecież częścią mnie. Nie możesz mnie jeszcze kopnąć, nie czuję, jak się poruszasz, ale wiem, że jesteś ze mną. Musisz być, bo od teraz zostajemy tylko Ty i ja. Moje kochanie, chcę móc tulić Cię w ramionach i ukrywać przed Tobą łzy, które Ty na pewno teraz czujesz. Wiesz, że się boję. Kiedy jutro Twój tato odejdzie, nie zostanę sama. Dotknie mnie jednak coś dużo gorszego. Bez niego będę taka samotna… To niedobrze, dzieciątko. Samotność jest dobra tylko wtedy, kiedy wybierze się ją dobrowolnie i świadomie. Tylko wtedy.

Powoli zaczyna się noc. Wszyscy kładą się spać, Hassan przyszedł powiedzieć mi „dobranoc”, a kiedy zobaczył, że płaczę, przytulił mnie i wyszeptał coś, co naprawdę mnie zaskoczyło:
- Nie płacz, bo to jakby znikał Księżyc.
Powtórzył to po kimś, jestem pewna… Ale mimo wszystko to było słodkie. Chociaż, kiedy wyszedł, popłakałam się jeszcze bardziej.
Sebastian, nie od_________________
Ał, dzieciątko. Co Ty robisz? Nie strasz mnie, tak nie wolno! Miej litość…

Nie chcę iść spać. Chcę wiedzieć, kiedy będzie wychodził. Może jutro uda mi się go przekonać. Chcę, żeby przy mnie był, bardzo. Bo bez niego niebo jest za jasne, piasek zbyt jaskrawy, a piramidy denerwująco krzywe.

26.01.1992r.
Próbowałam cię zatrzymać. Nie mogłam pozwolić ci odejść.
Przeszedłeś obok mnie tak nagle, że aż podskoczyłam. Nie patrzyłeś na mnie, czy tobie też sprawiało to ból? Wziąłeś swoją walizkę i ruszyłeś w kierunku wyjścia. Podbiegłam do ciebie, mocno przytuliłam. Czułeś mój lęk? Chwyciłam w dłonie twoją koszulę i nie pozwoliłam ci się ruszyć. Płakałam, jestem pewna, że czułeś moje łzy. Nie powiedziałeś nic, a ja tuliłam cię mocno, prosząc, żebyś został. Koszula na twoich plecach trzęsła się wraz z rytmem mojego drżenia.
Powoli zacząłeś rozpinać guziki. Chciałam coś zrobić, przeszkodzić ci w tym, ale nie mogłam. Po prostu mnie sparaliżowało.
Kiedy odpiąłeś już wszystkie, twoje ciało powoli się ode mnie oddalało; napięta wcześniej koszula wiotczała w moich rękach. Po chwili trzymałam już tylko ją. To ta niebieska, która kupiłam ci tuż po ślubie. Nadal ściskam ją w jednej ręce, nie umiem puścić.
Wrócisz, prawda? Mam przecież twoja koszulę, jedną z niewielu. Musisz po nią wrócić, musisz…!



- Nie będę tego dalej czytać – oznajmiam nagle, zamykając zeszyt. Wstaję i powoli wychodzę z domu. Idę przed siebie, niebo powoli staje się ciemne, albo to wieczór, albo to ja coraz bardziej zaciskam powieki. Biegnę. W uszach coś mi świszczy, to mój nierówny oddech. Nie rozumiem tego. Nie ogarniam. Jak to się mogło stać? I… dlaczego tak bardzo się tym przejmuję, co sprawia, że nie mogę powstrzymać łez? Mnie to prawie nie dotyczy, Dlaczego ona chciała mi to pokazać?
Zimno mi. To niemożliwe, ale jednak mi zimno. Wiatr szczypie mnie po policzkach. Wdycham zapach ciszy, jest dookoła.
Potykam się, ktoś w porę mnie złapał.
- Nie płacz. – słyszę. – Nie, płacz, bo to jakby znikał Księżyc.
Obracam się, Hassan patrzy na mnie z niepokojem.
- Nie pozwolę ci czytać dalej - oznajmia nagle; o czym on mówi? Przypominam sobie.
- Ale…
- Nie, dopóki nie obiecasz mi, że nie będziesz już tak płakać. Będzie dobrze.
- Sama nie wiem…
- Wiem to za ciebie. Chodźmy do domu. – Obejmuje mnie, chcę mu podziękować; nie umiem.
- Hass…
- Tak, tak, nie ma za co – uśmiecha się i ociera łzę z mojej brody. – Mój dom jest twoim domem.
Mimo, iż serce nadal zaciska się niebezpiecznie, jest mi dobrze. Tamto to przeszłość, tu jest teraźniejszość. I ona jest ważna.


Madelaine

komentarze [1]

Kiedy? niedziela, 17 sierpnia 2008
O której? 12:19:57
Co zawiera? Pamiętnik (cz.8)

Bardzo Was wszystkich przepraszam. Wiem, że przez długie miesiące pisałam tę notkę i za tę nieobecność przepraszam. Ale teraz wracam.
Notka z dedykacją dla Adama, który mnie zawsze słucha. ;*

_______________________________________________

15.01.1992r., w piramidzie.
Wymknęłam się. A co, nie wolno mi? Mam już dość siedzenia w domu i gapienia się w ścianę. Jestem archeologiem, a nie znudzonym turystą! Nie po to dzień po dniu, zamiast allama (uczyć) się na polski czy rosyjski, kułam arabskie i staroegipskie słówka. Tyle nauki na nic? O, nie, nie byłabym sobą, gdybym tu w końcu nie przyszła. Sebastian pewnie się wścieknie, ale co mi tam, przecież nic mi się nie stanie, jak pobędę tu z godzinkę! Aaach, kocham to zduszone, pełne drobinek kurzu, powietrze. I te ciemności, które rozdzielają pojedyncze wiązki światła z mojej latarki. Tu czuję się naprawdę odprężona, mogę cofnąć się w czasie i wyobrażać sobie, że jestem jedną z królewskich księżniczek, których historię odczytywałam nie raz. Czasem, kiedy zamknę oczy, widzę siebie otoczoną innymi egipskimi dzieciakami, z zapartym tchem słuchających opowieści o miłości Isis do Ozyrysa, tak wielkiej, że zbierała porozrzucane po całym świecie kawałki jego, poćwiartowanego przez Setha, ciała. Wprawdzie potem nie znalazła całego… Zabrakło pewnego… szczegółu, powiedzmy.
Ech, głupota. No, ale przynajmniej tych moich wyobrażeń nikt mi nie zabierze. I to się teraz liczy.

20.01.1992r., uziemiona.
No to się wtedy doigrałam. Sebastian był wściekły, a Merish i Abdul bardzo niezadowoleni. No tak, w końcu nikomu nie powiedziałam, dokąd idę. Podobno szukali mnie bardzo długo (Przecież nie było mnie tylko około trzech godzin, to czego oni chcą?). W każdym bądź razie Seba wciąż wyrzuca mi „lekkomyślność i nieodpowiedzialne zachowanie”. Dlatego siedzę w domu i jedyną rozrywką, jaką mam, jest pomaganie Abulowi w przeglądaniu i układaniu jakiś dyrektorskich papierów (nuuda!). No, dobra, mogę jeszcze gotować, ale jakoś nie sprawia mi to przyjemności.
Ale mimo wszystko myślę, że powinnam być wdzięczna Sebastianowi i przyjaciołom. Przecież przez ten cały czas się o mnie zamartwiali. Nie chciałam tego.
Rany, ostatnio mam dziwny, płaczliwy nastrój. Wystarczy, że ktoś na mnie krzywo spojrzy, a ja już wymyślam Bóg wie, co. Wa – la szaj (i nic), tylko czytam te swoje książki, które przeglądałam już setki tysięcy razy, albo siedzę sobie z Hassanem. Rany, ależ on mnie ostatnio denerwuje! Nic, tylko „Ciociaa! Zrób to. Ciociaaa! Pokaż mi to, narysuj tamto, przeczytaj…!” Ileż można?!
Ale… skoro nie potrafię wytrzymać z Hassanem… to jak mogę być dobrą matką dla swojego dziecka? Przecież to już tylko kilka miesięcy…! Nie mogę mieć w sobie tyle złości dla dzieci, to przecież niezdrowe, niemiłe, nieetyczne i ogólnie „nie”.
Sebastian gdzieś wychodzi. Idę go zatrzymać. Sebastian kochanie!

Chwilę później
No i poszedł. Ze złości rzuciłam w niego doniczką z kaktusem. Nie trafiłam. Oberwało się jakiemuś bezpańskiemu kotu, który stał na parapecie w oknie. Żyje, ale coś czuję, że już więcej tu nie wróci. Też bym nie wracała.

Dlaczego on mnie zostawił, dlaczego? I… dlaczego wychodzi tak często? A może… może znalazł sobie kogoś innego? Jak się nad tym zastanowić… No tak, zaczęła go męczyć uciekająca, kapryśna i ciężarna żona. Pewnie chodzi sobie do jakiejś pięknej, ponętnej Egipcjanki. Przecież to młody, wspaniały męski facet, a do tego Europejczyk o jasnych włosach i pięknych oczach… Ja jestem dla niego tylko przeszkodą. Nikim więcej.



- Dziwnie się czyta o tym, jaka smutna była moja mama – mówię, przyglądając się zapisanym kartkom. – Zawsze wydawało mi się, że to radosna i beztroska osoba.
- Bo była taka – odzywa się pan Abdullah. – Podobno kobiety czasem tak mają. A te w ciąży, to już w szczególności. - Patrzy wymownie na krzątającą się w kuchni, mamę Hassana.
- Pijesz do mnie? – Grozi mu ścierką.
- No, przecież nie do Ankh.
- Jesteś pewien, ojcze? – pyta Hassan i wybucha śmiechem, widząc miny rodziców. Wydaje mi się, że się rumienię. Kurczę!
- Żartuję! Przecież wiecie, że żartuję… prawda? – spogląda na ojca i matkę nagle speszony.
- T-tak synku, oczywiście, że tak – odrobinę jąka się pani Abdullah. – Kto chce herbaty? – Zrywa się nagle. Wstaję, żeby jej pomóc, ale macha tylko ręką.
- Dam sobie radę. Ty, Ankh, jesteś gościem.
Wywracam oczami i protestuję. W końcu powiedziała, że mam się czuć jak w domu, no to właśnie próbuję, a ona mi z czymś takim! Ech, no nie odpowiada mi to i już.
- Mówiłam, nie pomagaj mi. Siadaj, gdzie siedziałaś i czytaj. Robisz to naprawdę ładnie.
Nie ma jak nagana i komplement w jednym. Zrezygnowana, biorę do ręki pamiętnik mamy i czytam dalej. Hassan zagląda mi przez ramię. Nie mogę się nie uśmiechać.


21.01.1992r., schowana za łóżkiem…
…i nie chowam się bynajmniej przed Sebastianem, żeby nie było, nic takiego się nie stało. Po prostu bawię się z Hassanem w chowanego. Tyle, że siedzę tu już jakiś czas, ścierpły mi nogi i powoli zaczyna mi się nudzić. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomniał…

…A jednak. Bawi się drewnianymi klockami.
- Co budujesz? – spytałam.
- Piramidę! Będę archeologiem! Tak, jak ty, ciociu!
Aaj, rozczulił mnie. Szkoda, że to tylko takie dziecięce gadanie. Chociaż, kto wie? Może kiedyś coś takiego się zdarzy…?

23.01.1992r.
Eee tam, nie chce mi się nic więcej pisać! I tak nikt, oprócz mnie, później tego nie przeczyta.

Jakąś minutę później.
Chociaż, jakby się nad tym zastanowić… Prowadzenie tego pamiętnika to dla mnie jakaś taka swojego rodzaju terapia, jedyna w sprawa, którą naprawdę mogę doprowadzić do końca.
Postaram się dalej opisywać, co tu się dzieje każdego dnia (no, może nie każdego), tydzień w tydzień, aż do rozwiązania. Zrobię to nie dla siebie, bo właściwie porozmawiać mogę z Merish (i jak to mówią – niech Allah ją za to błogosławi), ale dla tego dziecka, które niedługo przyjdzie na świat. Na wszelki wypadek. Nie wiem, dlaczego, ale gwiazdy, ilekroć na nie spojrzę, gubią gdzieś swój blask i chowają się przede mną. Egipscy kapłani brali to niegdyś za zły znak, proroctwo nadchodzącego nieszczęścia. Boję się. Niby nie ma czego, a jednak. Teraz już niewielu ludzi wierzy w przepowiednie gwiazd i prawdopodobnie to ich gubi. A ja wierzę, a mimo to mogą mnie zgubić.
O niesprawiedliwe, piękne gwiazdy!

24.01.1992r., przed domem, na stołeczku.
Cóż, bynajmniej nie siedzę tu z własnej woli. To znaczy w sumie tak, ale nie do końca. Mimo, iż na zewnątrz jest gorąco i duszno, w środku atmosfera przekracza wszelkie możliwe granice. A to wszystko za sprawą mojego jakże cudownego męża. Jak o tym pomyślę, to aż we mnie wrze. Jak on mógł?! Cholera jedna. Wiem, nie powinnam tak o nim pisać, w końcu jest ojcem dziecka, które we mnie żyje, lecz mimo wszystko jestem na niego zła i tyle!
Kiedy znów postanowił wyjść i udać się do naszego Sfinksa, ostro zaprotestowałam. No, bo co on sobie myśli? Nie jestem przecież obłożnie chora, kilka minut spędzonych w środku nic mi nie zrobi! (Tak myślę.)
- Nie ma mowy – powiedział. – Nie mam zamiaru cię tam brać.
- Dlaczego? – spytałam.
- Dobrze wiesz, dlaczego! Coś mogłoby ci się… znaczy wam, stać! Myślisz, że nie wolałbym, żebyś była obok?
- Myślę, że nie! Pewnie kręcisz się obok jakichś pięknych Egipcjanek i wcale o mnie nie myślisz!
Zamrugał zdziwiony. Chyba go zdenerwowałam, bo zaczął krzyczeć jeszcze głośniej.
- La (nie)? To po co brałem z tobą ślub, co? I po jaką cholerę tu przyjechałem? Przecież wiesz, że ta praca nigdy mnie nie pociągała!
- Nikt cię nie zmuszał – starałam się być spokojna, wiedziałam, że za chwilę się rozpłaczę.
- La? – powtórzył. Mieszał polski z arabskim. Byłam pewna, że w grę zaraz wejdzie ukraiński. I nie myliłam się - А моя мати?(A moja matka?- ukr.) A теща (teściowa)? A nasi znajomi, cała rodzina? Ożeń się z nią! Wyjedź do Egiptu! A czy ktoś spytał, czy tego właśnie chcę od życia?
- Sebastian… - już płakałam. Skoro nie chciał…- To po co?
- Bo cię, cholera, kochałem! To było dla ciebie! Chciałem studiować, zostać biznesmenem, sprzedawać komputery i oprogramowanie, ale skądże! Madzia chciała polecieć do Egiptu, a przykładny mąż musi jechać z nią!
- Kochałem?
- Nie czepiaj się słówek! Wiesz, co mam na myśli!
- Niby skąd? Przecież ty w ogóle ze mną nie rozmawiasz! Wchodzisz, wychodzisz, czasem pocałujesz… nawet nie śpisz ze mną. Nie pociągam cię już?
Skrzywił się i wymruczał coś o zaciążonych babach.
- Skoro już muszę tu być, to chcę to skończyć jak najszybciej i wracać!
- Sam?
- Anta (ty) tylko narzekasz.
Uderzyłam go w twarz i wybiegłam z domu.
Ale on ma rację… zabrałam mu marzenia. Nigdy mi o tym nie mówił, myślałam, że on też chce tak, jak ja… A on się poświęcił. Dla mnie. Niepotrzebnie, cholera jasna! Niepotrzebnie…



Drżę. To dziwne. Nie wiem, czy jestem zła, czy wzruszona. Powoli popijam herbatę, trochę zaschło mi w gardle. Jest mi dziwnie chłodno. Odstawiam kubek na stolik.


Po dwóch godzinach spędzonych na zewnątrz.
Może powinnam go przeprosić? Nie tylko za te krzyki i policzek. Za wszystko, za te lata, w których żył nie do końca tak, jak chciał… nie mogę. Nie stać mnie na to, po prostu nie. To nie tak, że nie mam na to ochoty. Sęk w tym, że przeprosiny nie są moją najlepszą stroną. Zawsze coś psuję, nawet, jeśli bardzo się staram. A może szczególnie wtedy. Niełatwo jest przepraszać w ogóle, a jeszcze trudniej przeprasza się osobę, którą kochamy i na której na zależy. To jak podlewanie usychającego kwiatka, który był naszym ulubionym. Zdarza się, że przedobrzamy i kwiat i tak więdnie.
No nic, idę delikatnie i ostrożnie podlać mój. Boże, daj mi siłę. Proszę.



Madelaine

komentarze [2]

Kiedy? sobota, 15 marca 2008
O której? 22:24:44
Co zawiera? Pamiętnik (cz.7)

Zmieniłam szablon. Znowu xD
Dla Krzyśka. Za wszystko.

I dla Oli. [*] Spoczywaj w pokoju.
_______________________________________________


Nawet nie zauważyłam, że od dłuższego czasu gapię się na drzwi. Na kogo tak czekam? Na Hassa? Pewnie tak. Zastanawiam się, co on chciał od tej niani… przecież ja nic nie zrobiłam… chyba. To znaczy oprócz tego, że zraniłam chłopaka, którego kocham. Gdyby nie było już tak późno, poszłabym do niego. Pan Abdullah na pewno pozwoliłby mi przenocować u nich… Powiem, że boję się dzisiaj spać sama. To się może nawet udać.
Biorę pamiętnik mamy pod pachę i idę. A co mi tam. Najwyżej mnie nie wpuszczą.
Pukam. Otwiera mi pani Abdullah, patrzy na mnie zdziwiona. Hass ma jej oczy. Jak mogłam w ogóle pozwolić mu myśleć, że go zostawię?
- Bo ja… - zaczynam. - Czy mogę… - milknę nagle. Hassan przechodzi obok, wyciera głowę ręcznikiem. Kiedy mnie widzi, mruży oczy.
Wybucham płaczem. Pani Abdullah przytula mnie i zaprasza do środka. A ja stoję dalej w przejściu, nie mogę się ruszyć. Wzrok mam utkwiony w jego twarzy, dziwnie napiętej. Nagle, niemożliwe, wygina kąciki ust ku górze.
- Cześć - mówi.
- Cześć. – robię krok do przodu, serce ma ochotę ode mnie uciec.
- Coś się stało? - pyta. Kiwam głową, on dobrze wie, że tak. Ponownie zwracam się do jego mamy.
- Mogę tutaj przenocować?
- Ależ oczywiście! Zawsze jesteś tu mile widziana. Zastanawiam się nawet, czy nie byłoby lepiej, gdybyś tu zamieszkała, tak, jak… - przygryzła wargę, powiedziała kilka słów za dużo. To nic.
-…Tak, jak moja matka - kończę i pokazuję jej pamiętnik. Pani Abdullah uśmiecha się i wychodzi, żeby przygotować mi miejsce do spania.
- Hass…
- Ankh… - zaczynamy równocześnie, ale to ja kontynuuję.
- To nie tak, że ja chcę cię zostawić! Będę szukać mamy, ale stąd, jeśli się da. Jesteś… ważniejszy.
- Co za zaszczyt! - wystawia mi język.
- Zawsze mogę zmienić zdanie - poruszam brwiami, a on łapie mnie w pasie. Nasz pocałunek jest krótki, czuję się tu trochę niepewnie. Chcę jak najszybciej wrócić do czytania. Siadam Hassanowi na kolanach i czytam na głos, podczas, gdy on nawija moje włosy na palce.


05.01.1992, dom,
Mówiłam, że będzie ciężka? I tak się też stało. Spałam niewiele, nie dość, że czułam, jak schodzi mi skóra z karku (ałaa!), to jeszcze doświadczyłam tego, jak niewygodna może być podłoga. Następnym razem muszę bardziej uważać inaczej czekają mnie kolejne egipskie noce przespane na... siedząco. Sebastian śmieje się ze mnie, że wyglądałam, jak medytujący mnich. Może i tak. Ale to nie było zbyt ładne, takie naśmiewanie się.
A teraz siedzę sobie w kuchni i obserwuję, jak Merish przygotowuje obiad. Miałam jej pomagać, ale kiedy tak stoję nad tym jedzeniem… niedobrze się robi. Śniadania też nie zjadłam, miałam ochotę na wafle ryżowe, których nie mogłam nigdzie znaleźć. Wszystko inne powodowało u mnie mdłości. Ironio!
Nudzi mi się, nuuuuuuudzi. I jest gorąco, i ubrania kleją mi się do pleców… Jasna cholera, jak piecze! Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. Przeklęłam po Polsku.
- Nie klnij, Magda. - pouczyła mnie Mer.
A kiedy spojrzałam na nią zdziwiona, wytłumaczyła mi, że to były pierwsze słowa, jakiś polscy turyści nauczyli ją na targu.
Bardzo zabawne.
Merish widząc moje męki i cierpienia (jak to brzmi!) poszła do swojej sypialni, po czym wróciła z lnianą sukienką.
- Ubierz to, jak nie pomoże… nie pozostanie ci już nic innego, jak chodzić nago.
Szczerze mówiąc, niewielka różnica. Len ma to do siebie, że bardzo dużo przez niego widać. No, ale przynajmniej ma się takie poczucie, że coś się nosi.



- Z czego się śmiejesz? - pytam Hassana, a on uśmiecha się tajemniczo i milczy. – Hassaan! – proszę, ale on nie ustępuje, za to przymyka oczy i nadal uśmiecha się półgębkiem. Na Allaha, przysięgam, że za chwilę przestanę być taka miła…! Po chwili mojego milczenia i przyglądania się jego uśmiechowi przechodzę do działania. Moje palce wędrują w okolice jego żeber. Łaskotki, to działa na każdego.
- Dobrze, już, dobrze, powiem! – mówi, w przerwie między jedną salwą śmiechu, a drugą.
- Na’am? (tak?)
- Tak! – usatysfakcjonowana pozwalam mu mówić.
- Hm. Wyobraziłem sobie ciebie, kilka lat starszą w takiej przezroczystej, lnianej sukience.
- I to cię tak śmieszy? – nie mogę wymyśleć powodu do śmiechu, przyglądam mu się ciekawsko.
- No… w sumie. Bo… pomyślałem sobie, że jak powiem ci, ze szczegółami, to trzepniesz mnie po głowie. – uniosłam brew. – Wyobraziłem sobie ciebie bez bielizny, okej? – szepcze mi do ucha. Uderzam go lekko po głowie, przesuwając dłonią po świeżo umytych, ciemnych włosach. Są takie miękkie… aj.
- A nie mówiłem? – stwierdza. Przytakuję i czytam dalej, przytulając się do niego. On obejmuje mnie ramieniem i słucha.


Tuż po wspólnym obiedzie
Mm, ale się najadłam! Czuję, że zaraz pęknę z przejedzenia, ale przecież to takie wspaniałe uczucie, być najedzonym… Wiem, wiem, miałam nic nie jeść, ale to tak wspaniale pachniało… przezwyciężyłam mdłości. I bardzo dobrze, bo było warto. Mmm.
Tylko, że teraz znów się nudzę. Sebastian poszedł do Sfinksa, niby coś tam jeszcze posprawdzać (mi nie pozwolił iść, no bo jak to, w moim stanie, tam jest duszno, wilgotno, bla, bla, bla…), Merish z Abdulem wywędrowali do szkoły na jakieś zebranie, a Hassan po prostu śpi.
Tak się zastanawiam… dlaczego ten czas płynie tak powoli, jak na przykład barka z kamieniami do budowy piramidy? Jestem pewna, że w końcu przyspieszy, na pewno tak, ale zanim to nastąpi… Ciekawe, ile godzi nudy mnie jeszcze czeka?
Oj, niewiele. Hass płacze, pewnie miał jakiś zły sen. Idę go utulić.
Ostatnio coraz bardziej wyostrza się u mnie instynkt macierzyński. Już nie mogę się doczekać, aż sama urodzę.
A teraz już idę.


08.10.1992r., tam, gdzie zawsze
Nic się nie dzieje. Tyle dobrego, że po poparzeniu nie ma już śladu. Dzięki ci, kochana Merish.

10.10.1992r.
Jasny gwint, nadal nic. Z nudów zaczęłam wybierać imiona dla dziecka. Ja wiem, że wcześnie, ale tu nic się nie dzieje. Znaczy, dzieje się, Egipt przestał walczyć i w ogóle, ale nie o to mi chodzi. Dookoła cisza i spokój, żadnych turystów, zabaw, ani nic. Oszaleć można!
Już wiem. Napiszę do mamy. Strasznie za nią tęsknię, chciałabym wrócić. Ale teraz pływanie statkiem jest niebezpieczne, jakieś rozruchy, czy coś takiego… a samolotem lecieć nie mogę, bo to dość niebezpieczne dla płodu.
Ja chcę do mojego miasta…! Tam z nieba spadałby teraz śnieg, a ja wyszłabym sobie na dwór i lepiła bałwana, jak co roku.

No i świetnie, tylko tego brakowało, żebym się poryczała z tęsknoty…



Przerywam czytanie i wpatruję się w oczy Hassana.
- O czym myślisz? – pyta.
- Kochała swój kraj. A czy Egipt jest moim krajem, Hass? Czy moją ojczyzną nie powinna być ta cała Polska?
- Myślę, że nie Polska, przecież urodziłaś się i wychowałaś właśnie tu. Twoja ojczyzna jest w twoim sercu.
- Tak, chyba tak. Kocham Egipt, wiesz?
- Wszyscy go kochają.
- Co za skromność… - stwierdzam i wstaję z kolan mojego chłopaka. – Koniec na dzisiaj. Jestem jakaś taka… zmęczona troszkę.
- Troszkę? Wiesz, zawsze mogę zmęczyć cię d końca, żeby ci się dobrze spało…
- Ach, ty i te twoje dwuznaczne teksty… - poważnieję, ale tylko tak na niby.
- Przeszkadza ci to… - bardziej stwierdza, niż pyta, Hass.
- Nie – prostuję. – Za to cię kocham. Dobranoc.
Dam głowę, że odprowadza mnie wzrokiem.


Madelaine

komentarze [13]




______________________________________________
Lay by Me. Obrazki stąd.